of good god and bad luck

usiłując zdjąć kolorową nasadkę z zakrętki cienkopisu łamię ją, usiłując włożyć ją z powrotem łamię sobie paznokieć, mimo iż obcięty. autoironiczny komentarz rzucony do jednej sąsiadki owocuje ignorowaniem mojej obecności. drugiej najwyraźniej obrażam boga i wszystkich na literę "s" samym mimowolnym spojrzeniem. boję się wsiadać do windy, kupując zapałki zaognię recesję. całe szczęście i tak bym ich nie kupił, bo ostatnio się nimi poparzyłem, po czym jajko zaatakowało moje oko olejem a następnie zesłało na łóżko moich współlokatorów pluskwy. wcześniej były rozkruszki w pieczywie. jeszcze wcześniej zalało nam kuchnię. jeszcze wcześniej poszedłem na studia.
potrzebuję kawy. najbliższy kubek dwie ławki dalej. caution: hot - już nie. zepsułem.

trwa mózgowa debata - lata osiemdziesiąte czy dziewięćdziesiąte? prawa półkula konserwatywnie obstaje za sterylnymi wartościami new romantic, skrajne fałdy lewicy na taurynowym haju głosują za stylistyczną anarchią, za czymkolwiek oby była solówka. po zakończeniu obrad rozmawiający przez telefon wykładowca łapie mnie za ramię na wyjściu z budynku i każe zaczekać. więc czekam - może zaskoczy mnie jakąś apologią nowej fali? pochwałą prostoty nazw jednowyrazowych? wyszedł pan za wcześnie z sali, nie usłyszał pan w jakiej formie będzie egzamin - wyjawia w końcu. wyszedłem zbyt wcześnie? - pytam zaskoczony, bo wyraźnie pamiętam zakończenie wykładu i panującą potem ciszę. wyszedł pan w trakcie przecinka. mógłbym być strażakiem.

czy wiesz kim jest agata bielik-robson? ja nie wiem, a ona wie? może sama dalej nie wie dlaczego robi to co robi. może wolałaby iść na ryby. byłbym gotów ograniczyć samoświadomość do znajomości własnego nazwiska. resztę mogliby roztrząsać za nas psycholodzy (co myślimy), socjolodzy (do czego należymy), filolodzy (co lubimy) oraz inny chłam ludzki (lech czy tyskie), oczywiście wszystko za niemałą opłatą. usługi autorefleksyjne "gnothi seauton" - bo jesteś dla nas cenny. w efekcie na luksus posiadania osobowości byłoby stać jedynie ludzi sukcesu, co sprytniejszych pracowników punktu usługowego oraz księży. reszcie pozostałoby podążać darmową drogą zdrowia psychicznego.


dwunastnica systemu korporacji
2009-04-30 14:32:45 skomentuj (2)





of flagellants and fastidiousness

z wykładu wyłuskuję wyrazy kluczowe, poznaję je po następujących po nich pauzach ćwierćnutowych. zapisuję je rozdzielając średnikami, jednolite bloki tekstu znaczącego. monolity bez znaczenia. repetytoria krzyżówkowicza.

jeśli dzisiaj wtorek to u mnie już środa.
na zajęcia uczęszczam w czwartki, śpię przeważnie w piątki. przez resztę czasu oszukuję się na leżąco, przy czym leżę nawet gdy siedzę. rozmawiam ze wschodami słońca, one mnie psychoanalizują i codziennie stawiają mój wizerunek w nowym świetle.

realizm stary, realizm nowy. sztuka zdaje się podlegać, w tej nieokreślonej rozpiętości żywota swego, dokładnie tym samym złudzeniom co człowiek. zastanawiam się w jakim wieku jest ona aktualnie. czy już miała swój pierwszy raz. czy rozważa kupno rodzinnego samochodu. czy może szuka dopiero pracy. czy jeszcze jest feministką.

[innym razem, w bodaj najwęższym korytarzu próżniackiego intercity serwuję sobie odrobinę nowobogackiej ascezy. z uznaniem spoglądają na mnie sześciopośladkowy bóg epickich podróży w niewygodzie oraz święty detergenty, patron wracających z woodstocku. rozwalonym w przedziałach niemcom (lokalizacja obozowiska nieprzypadkowa) odstawiam lekcję najprawdziwszego ergonomicznego survivalu oraz duchowego odrzucenia komfortungu; jednocześnie nie daję po sobie poznać, że od samego początku skręca mnie od zapachu płynu użytego do dezynfekcji podłogi. i tylko dezynfekcji - spodnie dosłownie odklejam od podłogi za każdym przepuszczaniem kolejnego krytycznego przypadku potrzeby spożycia czegokolwiek. na kobietę, która jadąc z iławy do warszawy zdąża zwiedzić wars dwukrotnie (raz po paluszki, drugi raz po paluszki), natchnion opatrznością metafizycznych podglądaczy z powodzeniem zsyłam zgniecenie przez drzwi na końcu wagonu. w imię ojca i syna - a masz.]

zacząłem ćwiczyć się w skracaniu zdań. staram się unikać wszelkiej złożoności, równoważniki zdań wypowiadam na kolorowo. docelowo planuję porozumiewać się za pomocą dużej litery na początku niezaistniałego zdania oraz miażdżąco sugestywnej kropki.

ale że jeszcze nie dojrzałem świadczyć może fakt, że wciąż każdy wiersz rozpoczynałbym od wyrazu nie.


dwunastnica systemu korporacji
2009-04-27 00:37:33 skomentuj (0)





of lenovo and kosovo

pierwszy akapit został narysowany z dokładnością co do czosnku.

punktualnie o ósmej, plus-minus osiem minut, trzydzieści cztery wpadam na kogoś na korytarzu, niosąc właśnie rozpuszczalne turboespresso z przesadą mleka z kuchni do służbowego biurka, gdzie następnie loguję się do wszystkiego co znajdę na pulpicie z prawdopodobnie nieopatrznym wyjątkiem notatnika. potem jeszcze wpisuję kod użytkownika do telefonu, przykładam siatkówkę oka do szafki, zdejmuję kłódkę z długopisu i już mogę rozpocząć kolejny dzień radosnego szukania kodu zamówienia na fakturze bez tegoż oraz wyzywania francuzów od francuzów. przerwa na obiad, dziesięć minut powrotu na pogodzenie się z faktem śmierdzenia barem mlecznym; po godzinach zostaję póki co tylko jeśli jadę potem grać firmowo w piłkę, ale wierzę że przełożeni nie pozwolą sobie zostawić tego logistycznego niedociągnięcia samopas.

księgowość jako lustro wszechświata. niemieckie faktury są klarowne, regularne i zsynchronizowane z zamówieniem. tureckie nigdy jeszcze nie trafiły w a cztery. włoskie liczą kilkanaście stron pojedynczych kwot w żaden sposób nie pokrywających się z bazą danych i wyzutych z wszelkich przydatnych wskazówek porządkowych. angielskie są w funtach.

z zacięciem niegodnym pracownika mającego w tym czasie robić coś innego śledzę nagłówki portali aspirujących do miana prasowych. proza śmierci - onet podaje: były prezydent indonezji suharto nie żyje. pół godziny później onet podaje: były prezydent indonezji suharto nie żyje? kazimierz kaczor odpodaje: prawidłowa odpowiedź, proszę wybrać następne pole.
dziennikarze twierdzą iż suharto jest exsuharto. lekarze twierdzą że owszem, ale wręcz przeciwnie. społeczeństwo indonezyjskie jest w tej kwestii podzielone. w tym samym czasie suharto zastanawia się na leżąco czy jest jakieś trzecie wyjście prócz życia i śmierci, bo tak czy inaczej będzie miał u którejś grupy zawodowej przejebane.

basia rzuciła pracę.

tako żyjesz co wypijesz. nowoodkryta alergia na chmiel zaowocowała zmianą profilu spożycia (o kosztach nie wspominając). konsumentowi dżinu z tonikiem nie wypada rozmawiać o pankroku, toteż aktualnie serwuję paletę kwiecistą błystkotliwych uwag odnośnie funkcjonowania wielkich korporacji oraz małociekawostek dotyczących aktualnej sytuacji w kosowie, trafność swoich spostrzeżeń popierając w miarę modnymi butami i stylowym półgolfem. jednocześnie jednak zdaję sobie sprawę, iż znacznie autentyczniejszy byłbym każdorazowo pamiętając o kilkukrotnym kolistym rozkołysaniu szklanki (kciuk i środkowy przeciwlegle na rancie szkła) przed zanurzeniem warg. i o wyciągnięciu tej cholernej słomki, nawet jeśli służbowy monitor i tak wkrótce wyśle mój wzrok na bezterminowy urlop.

w którymś z wieczornych autobusów zapomniałem pogodnej rezygnacji. spadła z siedzenia i zniknęła, a ja się wysiadłem się przesiąść. każdy poranek od tego czasu przeprowadza rekonstrukcję dalszych zdarzeń - pogodna rezygnacja potoczyła się między siedzeniami, rozbiła się o ścianę i wylała na całe empeka. uśmiechanie się do szronu alienuje mnie teraz jeszcze bardziej niż dotychczasowe społeczne żydostwo. obwiniam za to regularne pobudki każdego dnia tygodnia o dwadzieścia minut późniejsze, dzięki którym staranniej dobieram muzykę na ponad dziesięć godzin wsłuchiwania się w tekst w trakcie rytualnego wycierania klawisza tab przerywanego sonatami na dziesięć przycisków klawiatury numerycznej. biuro zen piętro wyżej, zapraszamy kiedy ci się wyda że jest otwarte. a zawsze jest.


dwunastnica systemu korporacji
2008-01-14 02:00:20 skomentuj (6)





of solid and liquid

puszkę tajgera zużywam jeszcze na wykładzie, następujące po nim seminarium ukończę na startych oponach i wiosłując o beton. cukrzyca w baku, skręt żołądka, ale kręci mi się też w głowie, więc świat wraca do swojej patologicznej normy. oznajmiam mu wówczas pochrapywaniem, iż właśnie nauczyłem się spać z otwartymi oczami. otwartymi chyba, bo i tak nie widzę.

każdorazowo gdy przejeżdżam przez warszawę, z zaskoczeniem stwierdzam, iż to miasto nie składa się jedynie z kilometrów. z wyraźną fascynacją oglądam rzędy budynków przewijających się katarynkowo za oknem, wyglądających na zamieszkane przez nieprzyjezdnych, potocznie zwanych ludźmi. rzucam w nie ogryzkiem by sprawdzić czy nie są z dykty. sądząc po składzie chemicznym okolic nasypu, nie jestem w moim zaskoczeniu odosobniony.

czas czekania, czas olśnienia. osoby zdolne mnie rozpoznać na starym zdjęciu, pieszczotliwie nazywane przeze mnie znajomymi, kolejno odjeżdżają: na zachód, na detoks, na ramionach konduktu. i trudno określić które z nich wróci pierwsze. w obliczu tak powszechnej mobilności widnieję jako centrum wszechświata, ten nieruchomy punkt wokół którego wszystko się obraca i do którego wszystko się odnosi, względem którego mierzy się stopień zmiany otoczenia. gdybym miał tego dożyć, za czterdzieści lat byłbym łzą w oku emigranta marnotrawnego, który oto, w atmosferze kusturicowskiej, wraca odszukać swoją przyszłość na ostatnim jeszcze dostępnym mu łonie - ojczyzny - by z radością stwierdzić iż, oto raz jeszcze, nic się nie zmieniło, tu stoję ja, chodź opowiem ci dowcip i pokażę moje nowe płyty.

wyczerpawszy pokłady logiki na tłumaczeniu formułek gramatycznych, nejtiw ćwiczeniowiec zamyka wszystkie okna zaraz po wejściu do sali, po czym gani studentów za picie coca-coli, rzekomo niecnie finansujące wojnę w iraku. na przegrzanym mózgu przedstawiciela narodu tego naprawdę wybranego braki powietrza uzupełnione nadmiarem temperatury nie robią większego wrażenia, my tymczasem pijemy za zdrowie swoje i plugawego żołdactwa, co by wobec niesprzyjających okoliczności naturalnych ono też czasem miało na wodę.

być zbrodniarzem, tak chociaż korespondencyjnie.


dwunastnica systemu korporacji
2007-05-27 15:59:48 skomentuj (6)





of the gospel of the horns and the pocket-size sun

konstantyna. normalnie konstantyna, kable nielegalnych sieci nad wielkim szarym słoniem z jego tysiącami sennych trąb na ósmą do pracy. wyjątkowo pierwszym widokiem o poranku nie było - od niedawna nie wiedzieć czemu - okno logowania jedynego użytkownika, a okno na dwa dni dzieciństwa przejazdem w konstantynie, po drodze do nudnej niczym pozostałe poranki tunezji. taki piękny smęt urozmaicony przepaściami, na tle monotonnie synestetycznej wilgoci.

śniadanie równie trudne - rolę czerstwości hotelowych bułek zagrał tym razem kminek chleba współlokatorki, przełknięty identycznie ostrożnie, w całości, zmyty dużą ilością płynu o smaku równie niepamiętnym. login logout, z klatki wyszedłem zaskoczony przeświadczeniem, że oba poranki przedzielone piętnastoma latami będą pamiętał z paradoksalnie perwersyjną przyjemnością. ale ja zdaję się był lubić takie inscenizacje pogrzebowe.

był to dzień trzeci niewywiązywania się z własnoręcznie wymierzonej listy tegotygodniowych indyspensabiliów - przełożyłem je na, jak się miło okazać, dzień picia w związku z zaskakującym brakiem kaca oraz dzień leczenia kaca tym bardziej zaskakującego, że tym razem wypiłem mniej. wówczas zaś przełożyłem je na dzień pisania o tym że przekładam je na jutro, dzień arcyzajmującego oddychania. postulat konsekwencji realizuję wzorowo.

w dniu jutrzejszym natomiast przepisuję rękopis z dnia wczorajszego, taka aktywna rekompensata za całodniowy wysiłek układu oddechowego oraz nieoczekiwane zaangażowanie w zdobywanie materiałów potrzebnych do poniedziałkowego egzaminu w postaci kserowania debiutujących w tohuwabohu mojego segregatora kartek wagi państwowej, ponoć rozdawanych całej grupie. wszak skompletowanie tejże kluczowej makulatury to punkt piąty tygodniowego gryplanu, co w nie podlegający analizom logicznym sposób upoważnia mnie do zignorowania punktu szóstego, nakazującego zaznajomienie się z zawartością wyżej wymienionych kartek, oraz, oczywiście całkiem szczerego, zaskoczenia wynikiem egzaminu, wyrażonego eksklamacją "przecież wszystko sobie odbiłem!". ale za to się ogoliłem, i to ponadplanowo.

nie pamiętałem niestety konstantyny porą wieczorową. konstantyna właściwie liczyła tylko pory szarą i nieistniejącą, a wobec szczelnie zaciętych drewnianych żaluzji w hotelu iks-gwiazdkowym rozróżnianie tychże pór było czynnością tyle umowną co zbędną. czyli zupełnie jak rozróżnianie knajp w krakowie - wszystkie w dniu poszukiwania zaginionego kaca domyślnie nie zawierały znajomych. w okolicach połowy ostatniego piwa począłem kreślić dalsze paralele między wczesnym dzieciństwem a późną niedorosłością, zestawiając w poetycki sposób powolną utratę zainteresowania deseniem kontuaru z mdłościami na wirażach w drodze do annaby. w autobusie już tylko wzdychałem do drzew. a potem pani ekspedientka w sklepie nocnym spytała
- a jeżeli na imię mam antychryst?
i mi minęło.


dwunastnica systemu korporacji
2007-03-02 23:39:57 skomentuj (4)







richard hill
"my europejczycy"
emil m. cioran
"cahiers 1957-1972"
james wines
"zielona architektura"
venedikt erofeev
"dzieła prawie wszystkie"
ireneusz kania
"ścieżka nocy"


abdelli

księga spamu
skrzynka spamu

baśka
czerski
katjah
yga